20 października 2012

Vindur

Minęła już chyba wieczność od kąd zaczęłam studiować poczynania wiatru. Zarywałam noce wyliczając czas pomiędzy jednym a drugim powiewem. Chciałam przestać upadać, czuć twardy grunt pod nogami. Zawsze taka byłam... Ostrożna. Tak, to dobre słowo. Planowałam każdy przejaw spontaniczności. Mimo tego gubiłam się w sobie. Brak wiary we własne możliwości rzucał we mnie głazy zagłady. Pradoksalnie nie brakowało mi szczęścia. Nieludzka siła pchała mnie do przodu, do teraz i tutaj. Już nie pcha, teraz ja biegnę przed siebie. Wiele się zmieniło. Nauka skakania przez powiewy z teorii przerodziła się w praktykę... A może to sam wiatr znudzony moimi dzieciecymi pytaniami postanowił nauczyć mnie czuć odpowiedzi. Tak czuję do dziś. Nie miałam pojęcia jak wiele kolorów ma świat. A smaków? Mnóstwo. O melodiach, które grają mi w głowie nie powiem więcej niż to, że nawet huragan cichnie by ich wysłuchać.
Patrzę na świat oczami dziecka tak, jak nie patrzyłam nigdy. Przestałam być dorosła, na to przyjdzie czas. Albo i nie. Na chwilę obecną wiem jedno - Każdy człowiek czasem upada. Dlatego zostałam wiatrem.

Dla Simona, http://wiecejnizja.blogspot.com/


17 października 2012

Hasz-komora.

Przy końcu stołu, tyłem do uchylonego okna siedziała ona. Spoglądała w sufit studiując wzrokiem drogę kurzu, który unosił się w promieniu światła jednej z lamp. Pozornie nieobecna, prawą dłoń trzymała w kieszeni swoich bordowych rurek gdzie delikatnie obracała w palcach cienkiego jointa. Skręciła go godzinę wcześniej w jednej z hotelowych toalet. Lubiła takie słodkości. Nazywała je shotami, bo były niewielkie i z małą ilością tytoniu. Przy odrobinie szczęścia powaliłyby nawet kilkumetrowego trola.
W myślach zaciągała się dymem powstrzymując kaszel. Łatwo wchodził lecz zimne powietrze zaostrzało jego aromat. Towar miał wyrazisty smak, ściągany specjalnie dla niej z najlepszej hodowli na wyspie.
Dziewczyna o mlecznej skórze i czarnych oczach. Kilka ciemnobrązowych dreadów opadało bezwładnie na jej plecy, reszta była spięta w luźnego koka niebieską gumką - pod kolor t-shirtu. Ten wygląd gwarantował, że na ulicy obracał się za nią każdy. W kraju ludzi o długich blond włosach była jedyna taka - wyjątkowa.
Na ramionach miała zarzuconą czarną marynarkę, by zachować pozory elegancji. Było to przecież spotkanie biznesowe.
Przygryzła wargę obracając językiem kolczyk po czym zwróciła wzrok w stronę projektora. W pośpiechu ogarnęła tekst wyświetlony na białej ścianie, aby wrazie pytań nie zostać bez odpowiedzi. Gdy zaspokoiła podstawowy głód wiedzy wróciła do studiowania kurzu.
Naglę uwagę trzynastu mężczyzn przykół wydobywający się z pod stołu przeraźliwy pisk. Dziewczyna czuła wpatrzone w siebie oczy, oblepiały ją próbując dociec czym owy dźwięk był i dlaczego jego źródło pochodzi od niej. Przeleciała wzrokiem po sali i uraczyła współtowarzyszy słodkim uśmiechem przeklinając w głowie swoją pamięć. Nie wyciszyła telefonu. Rzuciła szybkie przepraszam i wybiegła z sali. Na wyświetlaczu telefonu pokazał się napis "Patryk i Chuj". Uśmiechnęła się, bo z tą nazwą wiązała wiele wspomnień. Przejechałam palcem po ekranie i przyłożyła aparat do ucha.
- Halo? - rzuciła z ciekawością.
- No cześć Zohauke, odbierzesz nas z lotniska? - odezwał się w telefonie głos, który znała bardzo dobrze.
- Was? - Zapytała z niedowierzaniem?
- Tak własnie. Skoro Ty nie możesz się zjawić w piwnicy, to piwnica przyjechała do Ciebie.

16 października 2012

2 sides of me.

I znowu wieczór za kółkiem.
Rozsiadam się wygodnie, zapinam pas. Delikatnie przejeżdżam dłonią po zimnej kierownicy próbując rozwiać zmęczenie. Ostatnie spojrzenie w lusterko. Wyglądam całkiem nieźle, świeżo. Tylko czerwone oczy zdradzają ostatnie spotkanie z blantem. Jeszcze drętwieją mi usta od cierpkiego smaku bibułki. Luźno spięte dready opadają na ramiona delikatnie łaskocząc kark. Rzucam szybki uśmiech do klona w lustrze i możemy jechać.

Razem z wdychanym powietrzem wpadł mi do nosa zapach odświeżacza. Lekko zużyta waniliowa woń miesza się z moimi perfumami i otula drżące z zimna ciało. Jest październik, noce są chłodne, a ja zaczynam żałować, że nie zabrałam kurtki.
Właśnie mijam kolejny przystanek. Przy nim troje zmarzniętych ludzi czekających na swojego wybawiciela - autobus. Któreś z nich pewnie przeklina niepunktualność kierowcy, a pozostali wierzą, że włączył ogrzewanie. Standard.
Moją uwagę odwrócił dźwięk dobywający się z głośnika. Piosenka pełna wspomnień. Pierwsze nuty wywołały ścisk żołądka. Powrót do rzeczywistości. Tłumiąc przedsmak burzy zaciskam dłonie na kierownicy. Czuję jak nierówności w jej materiale wbijają się w moją skórę pozostawiając czerwone szlaczki. Małe dróżki, jak te na szybie wydrążone przez krople deszczu. Jadę do domu. Nareszcie. Nic tak nie cieszy jak wygodne łóżko.
Przemierzam doskolane znane mi drogi. Kazdy kamień, drzewo czy słup zostały fotograficznie włożone w moją podświadomość i przyklejone na ścianie mózgu. Mogłabym jechać z zamkniętymi oczami, choć i tak przez większość czasu nawet nie zwracam uwagi dokąd jadę. Jeżdżę na pamięć.
Ostatni zakręt i znalazłam się na sporym parkingu, pare kroków od domu. Parę wdechów zimnego powietrza i w nozdrza uderza swoiski zapach. Jakiś odświeżacz powietrza, jak na złość też waniliowy. Idąc w kierunku sypialni przeciągam palcem po szafce upewniając się, że na nic nie wpadnę. Na jej końcu zostawiam klucze i portfel. Lekko przymknięte drzwi zaskrzypiały pod wpływem popchnięcia. Jest ciemno. Waniliowa woń lekko mnie usypia, a może to przez mój stan. Po dobrym joincie zawsze chce mi się spać. Rzucam moje zmęczone ciało na wielkie łóżko wtulając się w śpiącą przy ścianie osobę. Przykładam nos do delikatnej skóry, by jeszcze raz przed snem zaciągnąć się zapachem szczęścia.

 


There ain't no in-between.

Lekki jak puch poranek. Godzina jedenasta. Gdy leżę na łóżku i spoglądam w okno widzę tylko wielkie niebieskie niebo. Jego ogrom wchłonął w siebie wszystko do okoła. Błękit rozświetlany przez południowe słońce. Mocne, jak dobra kawa. A propos kawy, to jeden z tych dni, kiedy pije ją dla smaku delektując się każdym małym łyczkiem, nie dla pobudzenia. Lubię taką z mlekiem i sporą ilością cukru. Moze to z przyzwyczajenia, by zabić jej smak i tylko odkleić powieki? Czy w takim razie, w ogóle mogę powiedzieć, że lubię kawę?

Pierwsza czynnośc o poranku? Facebook. To juz nałóg. Wchodzisz po to, by zobaczyć czy ktoś nie interesuję się Twoim życiem bardziej niż Ty sam. Choroba społeczeństwa. Czasem zastanawiam się czy to nie lepsze niż papieros z rana, ale nie - głód nikotynowy zmusza do wychodzenia na zewnątrz.
Właśnie poczułam, że pomimo ładnego dnia marzną mi ręce. Ci z internetu mówią, że jest tylko 5 stopni. A przeciez wczoraj stopniał śnieg.
Pozwolę sobie dzisiaj na trochę normalności. Wmuszę w siebie śniadanie, bo podobno kawa, to nie posiłek. A później? Później wsiądę w samochód i dam się ponieść chwili. Ładnych miejsc Islandii nie brakuje.